Ar
ab
ic

Polish Lithouanian

Afrikaans section of this site / Danske version af dette website / Arabic section of this site / La section Francais / Deutsche Fassung dieser site / English section of this site / La parte Español del siti / Fryske diel fan dizze side / Kurdish section of this site / Nederlandse deel van deze site / Polish part of this website / Lithouanian part of this website / フリースランドの詩人Tsead Bruinjaのホームページへようこそ / Turkish section of this site

Tsead Bruinja can also be found at Hyves, Facebook and You Tube

Translations at http://netherlands.poetryinternationalweb.org & http://www.lyrikline.org/

 

Tsead Bruinja (ur. Rinsumageest, 1974) to poeta mieszkający w Amsterdamie. Debiutował w r. 2000 zbiorem w języku fryzyjskim De wizers yn it read [Czerwone wskazówki]. Jest poetą potrafiącym pisać delikatnie i uczuciowo, ale również używać mocnych, surowych obrazów
i dźwięków. Łagodny i silny, głaszcząca dłoń i zaciśnięta pięść... Tsead Bruinja jest pieśniarzem, który raz na jakiś czas niespodziewanie potrafi uderzyć w surowy, głośny ton. Regularnie publikuje zbiory wierszy w językach fryzyjskim lub niderlandzkim. Zdobył sobie rozgłos jako poeta estradowy i organizator wydarzeń poetyckich. Studiował filologię angielską i fryzyjską na uniwersytecie w Groningen. W swoich wierszach porusza tematy klasyczne takie jak miłość i śmierć, lecz chętnie też eksperymentuje. W swej pełnej skojarzeń poezji bez interpunkcji i dużych liter Bruinja pozostawia czytelnikowi możliwość postawienia znaków przestankowych i decydowania, gdzie jedno zdanie się zaczyna, a drugie kończy. Przekazuje czytelnikowi szczere spojrzenie na swoje dzieciństwo, udane i nieudane miłości oraz swoje ciche marzenie o zostaniu ojcem. Przekłady jego dzieł ukazały się w wielu językach, miedzy innymi po arabsku i po angielsku. Często podróżuje po świecie.

Tsead Bruinja
James Cookstraat 50 III
1056 SC Amsterdam
The Netherlands

Tel.: 0031 (0)20 - 6181877
Mob.: 0031 (0)6 - 11407190
E-mail: tseadbruinja@hotmail.com

najdroższa nikt nie wie jak w poprzednich życiach
mijaliśmy się albo spóźnialiśmy na autobus w którym
jechało jedno z nas albo ty moja siostra matka
tam byłyście i między nami nic nie mogło się stać ponieważ

zbyt wiele lat lub jakaś wiara między nami
dryfowaly tak plastyczna jak kontynent
musiała być odległość byłem może pochłonięty
wynajdowaniem ognia gdy ty i twój kochanek

tam za oceanem zapalaliście świece
trzymam cię znów za mocno nie chcę cię
zmiażdżyć ale boję się i cieszę jednocześnie że

między nami nigdy nie będzie więcej niż kosmos
w którym nie możemy się spotkać ponieważ jest
za mały na smutek dwojga którzy stają się jednym

najdroższa niech nas czas rozdzieli gdy jedno po drugim

umrzemy odegramy się mostami ze słów

 


don quichot

galopując przybył ze swego ostatniego snu
jako zardzewiały rycerz na biało malowanym koniu
z twardą pałą i wiadomością dla żony
że cudnie o niej fantazjował

z miłością myła w wannie jego skrzypiący strój
colą masowała fiszbinowymi szczotkami
jej twarde ręce biel z szeroko otwartego ciała ogiera
pomogła mu dysząc dosiąść konia i wskazała drogę

ostre kości pod tłustym brzuchem
niemal wystawały przez delikatną skórę grzechotały
jak stara puszka po paście do butów z klamerką przy tylnym kole
wewnątrz wypolerowanej zbroi

dojrzałe jabłko wtoczyło się do chlebaka po kromce przykrytej boczkiem
z każdej strony jego lanca była gładko wypolerowana
czubki zaostrzone possał trochę miętówkę
i posmarował siodło tłuszczem

a ja chciałbym dopóki skrzydła go nie złamią
niczego więcej nie dowiedzieć się o świecie wokół nas
chciałbym iść z dziko kręcącymi się wiatrakami

aż po gorący kres



płonący dom

ona mieszka w płonącym domu
każda burza zrywa z dachu jedną dachówkę
jest zimno szczękają jej zęby
na dworze ktoś wymyśla nowe przepisy drogowe
na rowerze stary człowiek jedzie dalej
pod ubraniem ciało owinięte gazetami
ona wybiega na dwór z koszem pełnym prania
czarne prześcieradła czarne kołdry czarna
poszewka widzi że płoną także łąki
nie ma sensu stać na dworze
lepiej wrócić między ściany
tańczące płomienie na jego portrecie
poczta wpada przez drzwi nieproszona
nie dociera na wycieraczkę kot
wskakuje jej na kolana z
roślinnym pragnieniem głaskania wylewa jeszcze
trochę spirytusu na albumy ze zdjęciami
ściera popiół ze okularów i czyta
i czyta i czyta



trawa która już się śmieje

każde słowo które kładę ci
na ziemi i u twych stóp
to jedno słowo za dużo

zimna trawa pod spodem
dopiero co skoszona ledwie mokra
od księżyca
leży jeden dzień

teraz czekanie na słońce
dłoń przed ustami
dłoń przed żartem

czekać jak

dopiero skoszona trawa
                                  śmieje się

patrz na mnie
powstań
                     śmiejcie się śmiejcie śmiejcie

każde słowo
gdzie słowo się śmieje
śmieje się
                radośnie

jak łóżko które jeszcze
nieposłane

śmieje się
                                   dopiero
skoszona i gładka

dopiero skoszona i radosna
śmieje się trawa       z dłonią   
                           na ustach

i każde słowo które później pozornie łagodnie
składam ci na nowej trawie i u twych drogocennych stóp

jest słowem za dużo które się śmieje i będzie się śmiać



kupić jabłka

kruchy dojrzały smutek odbija ją
w skrzynkach kupca z targu

delikatna jest ta, która lubi jabłka
on widzi że widzi jak uparcie

śmieje się z jego słodkokwaśnych żartów
najchętniej wyciągnąłby teraz scyzoryk

i pokazał jej połówki surowe pestki
ona wątpi czy na pewno bezowocna godzina

ledwo udaje się jej złapać ostatni autobus

kiedy idzie na tańce
niesie kosz pełen czerwonych policzków

tam u jej opalonych ramion
wiszą wieczni chłopcy żebrząc
o owoc do domu dach

ale ona przychodzi na tańce
jeśli przychodzi
              przychodzi na tańce

kiedy przyjdzie wszystko zacznie tańczyć
jeśli przepłynie gospelowy pisk
z południa z tytoniu dalekiej ameryki

moje niedostępne biodra chcą kołysać
porwać się na jej pustkę
aż świt przyjdzie mnie złamać

a ona znów będzie spać obok mnie



 

noc była bronią która nas połączyła
warczące brązy brzęczące biele
święty popiel płonący w pustynnych puszkach
sięgnęliśmy po mocno splamione narzędzia         

księżyc był zegarem za rozkołysanymi drzewami
księżyc był obrazem który mogliśmy śnić
pcha morze przed sobą mówią
miesza burzę z nawałnicą mówią

zajęliśmy pozycje i usłyszałem jak
historia oddechu szumi przez instrumenty
niewidzialni radiotelegrafiści wysyłali podskórne wiadomości

to były łagodne odpowiedzi na krzykliwe potrzeby
poszliśmy głębiej
głębiej

jeśli wystarczająco długo patrzysz na śnieg twój dom zaczyna latać
jeśli wystarczająco długo słuchasz szumu zaczynasz wierzyć
że jest coś co tam żyje tam głębiej
głębiej

zajęliśmy pozycje

jak białe perły nasze ciała strzelały przez wodę



duszny dzień

grunt jest przyciskany do ziemi
jak wiadomość
do sercu

powietrze za drzewami
zacina się

oceniamy dystans
i zaczynamy biec

oceniamy dystans
i zaczynamy się obejmować

oceniamy dystans
i nie dotykamy się

dłoń w ciepłych włosach
mężczyzny
dziecka

jesienne słońce przez gałęzie

wiatr

mechanizm skrzypi

powietrze za drzewami

zacina się

 



hej liście na drzewach hej
hej słońce w powietrzu hej
hej liście na drzewach hej

hej czerwona cegła hej
hej drzwi hej
hej dym z komina hej
hej ciepło drugiej osoby hej

ha ścieżki którymi podążam ha
ha ścieżki którymi z nią podążam ha
ha ścieżki którymi podążam

hej powietrze które dzielę z państwem hej
hej powietrze które dzielimy hej

hej hej powietrze

hej rządy hej
hej instrukcje obsługi w kartonie hej
hej instrukcje obsługi na stole hej

hoj aparat na stole którego nie kumam hoj
hoj aparat na stole z twoją szczegółową instrukcją obsługi hoj
hoj aparat hoj instrukcja obsługi hoj hoj

hej konflikt którego unikam hej
hej konflikt stłumiony w zarodku hej
hej konflikt zdławiony hej

cześć konflikcie
cześć aparacie
cześć konflikcie hoj

ha ścieżki którymi podążam
ha drzwi hej

hej ścieżki którymi podążam hej




piłem aż byłem dość prosty by pokochać

piłem aż byłem dość prosty by pokochać. pozwoliłem się kochać. ziemia pękała mi pod stopami. piłem aż byłem dość prosty by pokochać. trunek palił w gardle i zatrzymał myśli. piłem aż byłem dość prosty by pokochać. ona dzwoniła a ja się trząsłem. harowała na to co przepuszczałem. syn tej myśli. ojciec modlitwy. żmija wijąca się wokół nóg wielkiego żelaznego łoża. kalejdoskop ziarnistych obrazów. paliłem aż byłem dość spokojny by zostać. ziemia pękała. ona dzwoniła aja się trząsłem. harowaliśmy na to co przepuszczałem. syn tej myśli. ojciec modlitwy. żmija wijąca się wokół nóg wielkiego żelaznego łoża. paliłem aż byłem dość spokojny by pokochać.

mężczyzna który stoi po drugiej stronie i krzyczy nie ma cierpliwości do sygnału w słuchawce. ona nie odbiera. mężczyzna po drugiej stronie linii stoi i krzyczy stoi na równinie. przed nim pole pełne kwiatów. pośrodku łąki leży dwoje kochanków bez telefonu. po lewej stronie łąki leży równina. po prawej stronie kobieta w budce telofonicznej czeka na rozmowę. od budki biegnie drut. pośrodku łąki leży dwoje kochanków bez telefonu. nad nimi gruby biały drut. gdy kobieta odbiera telefon odlatują ptaki. zabierają ze sobą kwiaty, krzyczy mężczyzna. czeka czeka nie na sygnał w słuchawce. czeka na ptaki. wtedy.

ciągnie dziecko po piasku. ono się wzbrania. ono odskakuje. spadaj stąd. sczeźnij gadzie. zdychaj. ciągnie dziecko po piasku. ono się potyka.

cienie pod jej oczami. przepłucz. świeczki na torcie. przepłucz. cienie pod jej oczami. jej przerażone dziecko. zezłość się. opanuj złość. odsuń. przepłucz. spłucz na równinę. dwoje kochanków leży na łące. bez telefonu. bez widoku na budkę telefoniczną. bez widoku na równinę. plaża pękała mi pod stopami.

dziecko upadło. ona dzwoniła a ja się trząsłem. kwiaty znikają z wydm. paliłem aż byłem dość
spokojny by widzieć jak kochankowie śmieją się na łące. piłem aż byłem dość chichy by pokochać.

 



specjalista w dziedzinie ram okiennych

pada a specjalista w dziedzinie ram okiennych mówi
że to nie może być wina jego ludzi

siedzę przy stole z sąsiadem z dołu który po pięciu latach
postanowił zamalować zacieki

wcześniej pisałem wiersze o ojcu i matce
babciach i dziadkach z wiejską i bolesną przeszłością

teraz słucham mojego sąsiada

w pańskim domu będą mieszkać ludzie
którzy są zbyt leniwi żeby wstać

ludzie których pan nie zna
którzy pracują i wracają do domu

starzeją się
obrastają w tłuszcz

próbują zrzucić kilogramy

machają dziecku na pożegnanie
i przed pójściem spać wieszają
ubranie na krześle

ich życie jest lodówką
z której po nocy ostrego picia
wyczarowujesz
solidną kanapkę

wiem to

tam czyhają znaczenia
które mogą zepsuć ten wiersz

gdzieś ktoś śpiewa

nie schodźcie się
nie schodźcie się

wbij klin

ale żona trzyma na ręku moją tygodniową siostrzenicę
a ja nie mogę się napatrzeć jak bardzo to do niej pasuje

uzgadniamy co zrobimy z gabinetem
jak i gdzie my sami będziemy teraz spali

westchnienie i dziecko znika z naszych myśli
skręcamy za róg i szukamy dobrej restauracji

ukradkiem gdy już dawno rozmawiamy o czymś innym
spoglądam na maleństwo którego nie trzyma już w ramionach

ono oddycha i porusza się

ono prawie jest

 



TŁUMACZENIA (TRANSLATION)

Beata Piotrowicz
Barbara Kalla
Michał Walczynsk
Rafał Farbisz

Ewa Abramczuk
Anna Kaźmierczak
Hanna Sobolewska
Hanna Nowak
Justyna Pietrus
Paulina Dymalska
Sylwia Motylińska
Michał Pieczarka
Rosalinde Aendekerk

(University of Wroclaw)