 |
Tsead Bruinja (ur. Rinsumageest, 1974) to poeta mieszkający w Amsterdamie. Debiutował w r. 2000 zbiorem w języku fryzyjskim De wizers yn it read [Czerwone wskazówki]. Jest poetą potrafiącym pisać delikatnie i uczuciowo, ale również używać mocnych, surowych obrazów
i dźwięków. Łagodny i silny, głaszcząca dłoń
i zaciśnięta pięść... Tsead Bruinja jest pieśniarzem, który raz na jakiś czas niespodziewanie potrafi uderzyć w surowy, głośny ton. Regularnie publikuje zbiory wierszy w językach fryzyjskim lub niderlandzkim. Zdobył sobie rozgłos jako poeta estradowy i organizator wydarzeń poetyckich. Studiował filologię angielską i fryzyjską na uniwersytecie w Groningen. W swoich wierszach porusza tematy klasyczne takie jak miłość i śmierć, lecz chętnie też eksperymentuje. W swej pełnej skojarzeń poezji bez interpunkcji i dużych liter Bruinja pozostawia czytelnikowi możliwość postawienia znaków przestankowych i decydowania, gdzie jedno zdanie się zaczyna, a drugie kończy. Przekazuje czytelnikowi szczere spojrzenie na swoje dzieciństwo, udane i nieudane miłości oraz swoje ciche marzenie o zostaniu ojcem. Przekłady jego dzieł ukazały się w wielu językach, miedzy innymi po arabsku i po angielsku. Często podróżuje po świecie.
Tsead Bruinja
James Cookstraat 50 III
1056 SC Amsterdam
The Netherlands
Tel.: 0031 (0)20 - 6181877
Mob.: 0031 (0)6 - 11407190
E-mail: tseadbruinja@hotmail.com
|
najdroższa nikt nie wie jak w poprzednich życiach
mijaliśmy się albo spóźnialiśmy na autobus w którym
jechało jedno z nas albo ty moja siostra matka
tam byłyście i między nami nic nie mogło się stać ponieważ
zbyt wiele lat lub jakaś wiara między nami
dryfowaly tak plastyczna jak kontynent
musiała być odległość byłem może pochłonięty
wynajdowaniem ognia gdy ty i twój kochanek
tam za oceanem zapalaliście świece
trzymam cię znów za mocno nie chcę cię
zmiażdżyć ale boję się i cieszę jednocześnie że
między nami nigdy nie będzie więcej niż kosmos
w którym nie możemy się spotkać ponieważ jest
za mały na smutek dwojga którzy stają się jednym
najdroższa niech nas czas rozdzieli gdy jedno po drugim
umrzemy odegramy się mostami ze słów
don quichot
galopując przybył ze swego ostatniego snu
jako zardzewiały rycerz na biało malowanym koniu
z twardą pałą i wiadomością dla żony
że cudnie o niej fantazjował
z miłością myła w wannie jego skrzypiący strój
colą masowała fiszbinowymi szczotkami
jej twarde ręce biel z szeroko otwartego ciała ogiera
pomogła mu dysząc dosiąść konia i wskazała drogę
ostre kości pod tłustym brzuchem
niemal wystawały przez delikatną skórę grzechotały
jak stara puszka po paście do butów z klamerką przy tylnym kole
wewnątrz wypolerowanej zbroi
dojrzałe jabłko wtoczyło się do chlebaka po kromce przykrytej boczkiem
z każdej strony jego lanca była gładko wypolerowana
czubki zaostrzone possał trochę miętówkę
i posmarował siodło tłuszczem
a ja chciałbym dopóki skrzydła go nie złamią
niczego więcej nie dowiedzieć się o świecie wokół nas
chciałbym iść z dziko kręcącymi się wiatrakami
aż po gorący kres
płonący dom
ona mieszka w płonącym domu
każda burza zrywa z dachu jedną dachówkę
jest zimno szczękają jej zęby
na dworze ktoś wymyśla nowe przepisy drogowe
na rowerze stary człowiek jedzie dalej
pod ubraniem ciało owinięte gazetami
ona wybiega na dwór z koszem pełnym prania
czarne prześcieradła czarne kołdry czarna
poszewka widzi że płoną także łąki
nie ma sensu stać na dworze
lepiej wrócić między ściany
tańczące płomienie na jego portrecie
poczta wpada przez drzwi nieproszona
nie dociera na wycieraczkę kot
wskakuje jej na kolana z
roślinnym pragnieniem głaskania wylewa jeszcze
trochę spirytusu na albumy ze zdjęciami
ściera popiół ze okularów i czyta
i czyta i czyta
trawa która już się śmieje
każde słowo które kładę ci
na ziemi i u twych stóp
to jedno słowo za dużo
zimna trawa pod spodem
dopiero co skoszona ledwie mokra
od księżyca
leży jeden dzień
teraz czekanie na słońce
dłoń przed ustami
dłoń przed żartem
czekać jak
dopiero skoszona trawa
śmieje się
patrz na mnie
powstań
śmiejcie się śmiejcie śmiejcie
każde słowo
gdzie słowo się śmieje
śmieje się
radośnie
jak łóżko które jeszcze
nieposłane
śmieje się
dopiero
skoszona i gładka
dopiero skoszona i radosna
śmieje się trawa z dłonią
na ustach
i każde słowo które później pozornie łagodnie
składam ci na nowej trawie i u twych drogocennych stóp
jest słowem za dużo które się śmieje i będzie się śmiać
kupić jabłka
kruchy dojrzały smutek odbija ją
w skrzynkach kupca z targu
delikatna jest ta, która lubi jabłka
on widzi że widzi jak uparcie
śmieje się z jego słodkokwaśnych żartów
najchętniej wyciągnąłby teraz scyzoryk
i pokazał jej połówki surowe pestki
ona wątpi czy na pewno bezowocna godzina
ledwo udaje się jej złapać ostatni autobus
kiedy idzie na tańce
niesie kosz pełen czerwonych policzków
tam u jej opalonych ramion
wiszą wieczni chłopcy żebrząc
o owoc do domu dach
ale ona przychodzi na tańce
jeśli przychodzi
przychodzi na tańce
kiedy przyjdzie wszystko zacznie tańczyć
jeśli przepłynie gospelowy pisk
z południa z tytoniu dalekiej ameryki
moje niedostępne biodra chcą kołysać
porwać się na jej pustkę
aż świt przyjdzie mnie złamać
a ona znów będzie spać obok mnie
noc była bronią która nas połączyła
warczące brązy brzęczące biele
święty popiel płonący w pustynnych puszkach
sięgnęliśmy po mocno splamione narzędzia
księżyc był zegarem za rozkołysanymi drzewami
księżyc był obrazem który mogliśmy śnić
pcha morze przed sobą mówią
miesza burzę z nawałnicą mówią
zajęliśmy pozycje i usłyszałem jak
historia oddechu szumi przez instrumenty
niewidzialni radiotelegrafiści wysyłali podskórne wiadomości
to były łagodne odpowiedzi na krzykliwe potrzeby
poszliśmy głębiej
głębiej
jeśli wystarczająco długo patrzysz na śnieg twój dom zaczyna latać
jeśli wystarczająco długo słuchasz szumu zaczynasz wierzyć
że jest coś co tam żyje tam głębiej
głębiej
zajęliśmy pozycje
jak białe perły nasze ciała strzelały przez wodę
duszny dzień
grunt jest przyciskany do ziemi
jak wiadomość
do sercu
powietrze za drzewami
zacina się
oceniamy dystans
i zaczynamy biec
oceniamy dystans
i zaczynamy się obejmować
oceniamy dystans
i nie dotykamy się
dłoń w ciepłych włosach
mężczyzny
dziecka
jesienne słońce przez gałęzie
wiatr
mechanizm skrzypi
powietrze za drzewami
zacina się
hej liście na drzewach hej
hej słońce w powietrzu hej
hej liście na drzewach hej
hej czerwona cegła hej
hej drzwi hej
hej dym z komina hej
hej ciepło drugiej osoby hej
ha ścieżki którymi podążam ha
ha ścieżki którymi z nią podążam ha
ha ścieżki którymi podążam
hej powietrze które dzielę z państwem hej
hej powietrze które dzielimy hej
hej hej powietrze
hej rządy hej
hej instrukcje obsługi w kartonie hej
hej instrukcje obsługi na stole hej
hoj aparat na stole którego nie kumam hoj
hoj aparat na stole z twoją szczegółową instrukcją obsługi hoj
hoj aparat hoj instrukcja obsługi hoj hoj
hej konflikt którego unikam hej
hej konflikt stłumiony w zarodku hej
hej konflikt zdławiony hej
cześć konflikcie
cześć aparacie
cześć konflikcie hoj
ha ścieżki którymi podążam
ha drzwi hej
hej ścieżki którymi podążam hej
piłem aż byłem dość prosty by pokochać
piłem aż byłem dość prosty by pokochać. pozwoliłem się kochać. ziemia pękała mi pod stopami. piłem aż byłem dość prosty by pokochać. trunek palił w gardle i zatrzymał myśli. piłem aż byłem dość prosty by pokochać. ona dzwoniła a ja się trząsłem. harowała na to co przepuszczałem. syn tej myśli. ojciec modlitwy. żmija wijąca się wokół nóg wielkiego żelaznego łoża. kalejdoskop ziarnistych obrazów.
paliłem aż byłem dość spokojny by zostać. ziemia pękała. ona dzwoniła aja się trząsłem. harowaliśmy na to co przepuszczałem. syn tej myśli. ojciec modlitwy. żmija wijąca się wokół nóg wielkiego żelaznego łoża. paliłem aż byłem dość spokojny by pokochać.
mężczyzna który stoi po drugiej stronie i krzyczy nie ma cierpliwości do sygnału w słuchawce. ona nie odbiera. mężczyzna po drugiej stronie linii stoi i krzyczy stoi na równinie. przed nim pole pełne kwiatów. pośrodku łąki leży dwoje kochanków bez telefonu. po lewej stronie łąki leży równina. po prawej stronie kobieta w budce telofonicznej czeka na rozmowę. od budki biegnie drut. pośrodku łąki leży dwoje kochanków bez telefonu. nad nimi gruby biały drut. gdy kobieta odbiera telefon odlatują ptaki. zabierają ze sobą kwiaty, krzyczy mężczyzna. czeka czeka nie na sygnał w słuchawce. czeka na ptaki. wtedy.
ciągnie dziecko po piasku. ono się wzbrania. ono odskakuje. spadaj stąd. sczeźnij gadzie. zdychaj. ciągnie dziecko po piasku. ono się potyka.
cienie pod jej oczami. przepłucz. świeczki na torcie. przepłucz. cienie pod
jej oczami. jej przerażone dziecko. zezłość się. opanuj złość. odsuń. przepłucz. spłucz na równinę. dwoje kochanków leży na łące. bez telefonu. bez widoku na budkę telefoniczną. bez widoku na równinę. plaża pękała mi pod stopami.
dziecko upadło. ona dzwoniła a ja się trząsłem. kwiaty znikają z wydm. paliłem aż byłem dość
spokojny by widzieć jak kochankowie śmieją się na łące. piłem aż byłem dość chichy by pokochać.
specjalista w dziedzinie ram okiennych
pada a specjalista w dziedzinie ram okiennych mówi
że to nie może być wina jego ludzi
siedzę przy stole z sąsiadem z dołu który po pięciu latach
postanowił zamalować zacieki
wcześniej pisałem wiersze o ojcu i matce
babciach i dziadkach z wiejską i bolesną przeszłością
teraz słucham mojego sąsiada
w pańskim domu będą mieszkać ludzie
którzy są zbyt leniwi żeby wstać
ludzie których pan nie zna
którzy pracują i wracają do domu
starzeją się
obrastają w tłuszcz
próbują zrzucić kilogramy
machają dziecku na pożegnanie
i przed pójściem spać wieszają
ubranie na krześle
ich życie jest lodówką
z której po nocy ostrego picia
wyczarowujesz
solidną kanapkę
wiem to
tam czyhają znaczenia
które mogą zepsuć ten wiersz
gdzieś ktoś śpiewa
nie schodźcie się
nie schodźcie się
wbij klin
ale żona trzyma na ręku moją tygodniową siostrzenicę
a ja nie mogę się napatrzeć jak bardzo to do niej pasuje
uzgadniamy co zrobimy z gabinetem
jak i gdzie my sami będziemy teraz spali
westchnienie i dziecko znika z naszych myśli
skręcamy za róg i szukamy dobrej restauracji
ukradkiem gdy już dawno rozmawiamy o czymś innym
spoglądam na maleństwo którego nie trzyma już w ramionach
ono oddycha i porusza się
ono prawie jest
TŁUMACZENIA (TRANSLATION)
Beata Piotrowicz
Barbara Kalla
Michał Walczynsk
Rafał Farbisz
Ewa Abramczuk
Anna Kaźmierczak
Hanna Sobolewska
Hanna Nowak
Justyna Pietrus
Paulina Dymalska
Sylwia Motylińska
Michał Pieczarka
Rosalinde Aendekerk
(University of Wroclaw)